Historia pewnej rodziny
Od biologicznego rodzicielstwa do adopcyjnego.
Chciałoby się napisać długą powieść z elementami baśni, ale zostaliśmy poproszeni o napisanie „doświadczenia rodzicielstwa adopcyjnego, posiadając już syna biologicznego”. Jesteśmy rodzicami trzech synów: Bartek 9 lat, Bruno 4 lata, Tymek 2 lata i tylko w tym miejscu dla potrzeb napiszemy, że Bartek jest naszym biologicznym synem, zaś chłopcy są adoptowani. Naprawdę, na co dzień nie lubimy w ten sposób „mówić i przedstawiać chłopców” z doświadczenia uważamy, że jest to naprawdę ważne, aby w „codzienności” tego nie robić.
Synowie trafiali do nas, mając około roku życia, wówczas Bartek po raz pierwszy miał 6 lat. Proces adopcyjny (od momentu telefonu) zmienił na „dłuższą chwileczkę” nasze dosyć wydawało by się poukładane życie. Zmiana dotyczyła również 6 latka, który właśnie zaczynał być „świadomym chłopcem”. Przyznamy, że mało pamiętamy z tamtego szalonego czasu. Bruno mieszkał w cudownej rodzinie zastępczej, oddalonej od nas ponad godzinę jazdy samochodem. Tamten czas polegał na ciągłych zmianach logistycznych, organizowaniu opieki dla Bartka i dojazdach. I tu również można pisać godzinami…kiedy już wiesz, że masz drugiego syna, ale musisz każdego razu zostawić go u rodziny zastępczej, chociaż „krzyczysz w środku i nie zgadzasz się na to” bo tak bardzo chcesz już go we wspólnym domu. Zawsze wracając do domu, dużo rozmawialiśmy z mężem, o relacjach w rodzinie zastępczej, o Brunie, planowaliśmy kolejny dzień, a ja zawsze płakałam z bezsilności na czas trwania procedur i na ogarniający coraz bardziej smutek spowodowany tęsknotą. Zawsze utwierdzaliśmy się że ta droga pomimo, takiego problemu jest nam bardzo potrzebna, ponieważ pozwala wrócić do domu w „dobrym stanie”. I tu myślę, że chwilami było nam dużo łatwiej, z jednej strony tęsknota za Brunem, ale powrót do domu, a tam czeka na nas ktoś, kto dokładnie obserwuje nasze emocje, zachowania i analizuje. Dla 6 latka, to nie zrozumiałe, że czeka na brata, a rodzice płaczą?!
I tu zaczyna się naprawdę „ważna rzecz”. Zabieraliśmy ze sobą Bartka na całe dnie do Bruna, jednak z czasem zauważyliśmy, że należało to miareczkować. Początkowo sugerowaliśmy się „dobrem całej rodziny”, żeby się nie rozdzielać i nie spędzać całych dni osobno. Bartek na tamten czas, miał trudności w przebywaniu nawet w swoich warunkach domowych za długo w jednym miejscu. Dość szybko, uznaliśmy, że co drugi dzień będzie lepiej.
Przygotowanie Bartka na przyjęcie Bruna, raczej musiały odbywać się „zgodnie z aktualną sytuacją” i tak było. Łapaliśmy chwilę razem, jak trzeba było rozdzielaliśmy się, ja zostawałam w domu z Bartkiem, mąż jechał do Bruna; innym razem jechaliśmy wszyscy lub zmienialiśmy układ sił. Starliśmy się w „przygotowania” wdrażać również Bartka poprzez codzienne sytuacje. Razem kupowaliśmy akcesoria i zabawki dla młodszego brata a innym razem szykowaliśmy wspólnie dom na urodziny brata. Bardzo dużo rozmawialiśmy w domu z Bartkiem, dziś myślę, że nawet zbyt wiele. W pewnym momencie myśleliśmy, że on wszystko już wie, a tak to nie działa.
W przypadku Tymka, czyli dwa lata później sytuacja była już bardzo dynamiczna z dużą ilość emocji, można powiedzieć za pierwszym razem „poszło w miarę gładko”. Pierwsze miesiące wypełnione były dużą ilości mieszanych emocji oraz działań aby wszystkim „było dobrze”.
Bartek jako wrażliwe dziecko, dość szybko zaakceptował Bruna, chociaż nie odbyło się bez „trudności”, można z perspektywy czasu powiedzieć, że proces przebiegł sprawnie. I tutaj z wielką uważnością przyglądaliśmy się jak Bartek dojrzale podszedł do tematu Tymka, szybko stał się najstarszym bratem, czego nie można powiedzieć o Brunie. Bruno był zaborczy, nie chciał początkowo dzielić się zabawkami, jedzeniem, pokojem a najważniejsze rodzicami i swoim bratem Bartkiem. Dziś, można powiedzieć, że sytuacja jest stabilna, co jednak nie oznacza, że Bruno nie manifestuje co jakiś czas swojej pozycji w domu. Dla nas jako rodziców najistotniejsze jest to, że w tej manifestacji doskonale widać, że „zabiega o uwagę”, wówczas tak jak umiemy staramy się mu ją podarować, ale tu też musimy wiedzieć, że mamy teraz trzech „nadal małych” synków i każdy z nich bardzo nas potrzebuje.
Najistotniejsze w tym wszystkim to bycie autentycznym i to piszemy z całym potwierdzeniem. Pytania otrzymywaliśmy tak różne…staraliśmy się zawsze odpowiedzieć. Dziś myślę „mniej znaczy więcej”, ale to tylko dlatego że dwukrotnie przeżyliśmy proces i dziś łatwiej to ocenić.
W całym procesie istotne jest, aby jednak podążać za dzieckiem i sytuacją, ponieważ ona jest bardzo dynamiczna i każdego dnia może przynieść co innego oraz inną potrzebę dziecka. Wymaga to od rodziców niesamowitego „zgrania się” i bycia razem, aby móc reagować na to co dzieje się z dzieckiem, które „niemożliwe, aby zrozumiało” co do końca się dzieje. Rodzice muszą być bardzo stabilni i to na każdej płaszczyźnie, adopcja to wielka rzecz, ale piękna.
Czy można ją porównać? W momencie, kiedy mamy dzieci biologiczne lub czy kiedy adoptowany syn/córka są pierwsze, nie wiemy…uważamy, że każda rodzina to inna historia. Przychodzą momenty, kiedy próbujesz „porównać lub przybliżyć” zachowania dzieci i oczywiście wiesz, że tak nie powinno się robić, ale to trudne i należy w pewien sposób „zrozumieć, a nawet przepracować”, aby nie „przekładać na dzieci”. Wydaje nam się, że kiedy masz porównanie wychowania dziecka biologicznego, a później adopcyjnego, masz punkt odniesienia i jak wszystko, może okazać się to bardzo przydatne, ale innym razem może wywołać trudność. Miałam przez jakiś czas myśl, że to chyba trudniejsza droga, bo na początku próbujesz co rusz, porównywać, dziś patrzę na to jako zasób. Jako rodzice „adopcyjno-biologiczni” szukamy zawsze pozytywnych i mocnych stron w rodzicielstwie, uważamy że szukanie tej drugiej strony nie ma sensu, wybraliśmy „wyjątkowe” rodzicielstwo, ale jego istota jest bardzo głęboka i naprawdę piękna, jednak wymaga uważności😊